Masajski Elementarz - Ks. Arkadiusz Nowak

Niedzielny wieczór... Przyjemny chłodzik po gorącym i pracowitym dniu. Odprowadziłem wzrokiem słońce za horyzont. Rozpłynęło się w „kolebce ludzkości” w Olduvai Gorge. Zapanowała ciemność i tylko aksamitny płaszcz nocy podziurawiły „świetliki gwiazd”. Przeciągłe wycie hien nie najlepiej komponuje się z wieczornym koncertem cykad. Ten „sielankowy” nastrój przerywa telefon z Polski. To moja Przyjaciółka Dorota, która ma pomysł i nie mogła czekać. Okazało się, że w gronie jej przyjaciół i znajomych, znalazło się sporo tych, którzy chcą pomóc Afryce, ale nie wiedzą jak... może coś wybudować? Może chore dzieciaki? Może szkoła? Poprosiłem o czas. Potrzebowałem pozbierać myśli i porozmawiać z ks. Ned'em. I tak zrodził się pomysł...
„Abecadło z pieca spadło (…) strasznie się potłukło”. Wierszyk, którego uczymy się w dzieciństwie w szkole (przynajmniej tak było za moich dawnych czasów), tu w Afryce, nabiera innego znaczenia... Wciąż jest wielu takich, którzy nie są w stanie się podpisać, którzy nie znają liter. Coś co nam wydaje się tak proste i oczywiste, tu dla wielu jest nieosiągalnym marzeniem. Gdy to pragnienie w końcu może się zrealizować w szkole podstawowej, to przepełnione klasy i brak nauczycieli, sprawiają, że dla wielu sukcesem jest ukończenie szkoły z umiejętnością czytania i pisania. Znajomy nauczyciel chwalił mi się wynikami z 7 klasy z tego roku. Wszyscy zdali końcowy egzamin. Było 54 uczniów. Wydaje się to piękne i budujące. Zapomniał dodać, że ta klasa gdy zaczynała miała 137 uczniów, że na koniec klasy 6tej, 62 uczniów musiało powtarzać rok, bo okazało się, że nie potrafią ani czytać, ani pisać! Uczyli się na pamięć, kopiowali tajemnicze znaki z tablicy... To tylko jedna z tysięcy szkół w Tanzanii. W pozostałych nie jest lepiej! Zadecydowaliśmy, że nasz wysiłek i pomoc przyjaciół powinny pójść w tym kierunku.
Dorota i jej znajomi zatroszczyli się o to, by marzenia przybrały konkretne kształty. Wspólnie postanowiliśmy, że zorganizujemy „korepetycje” dla dzieciaków, które nie radzą sobie z nauką. Miało do nas trafić w czasie wakacji szkolnych w czerwcu, po  10  najsłabszych dzieci z każdej klasy. W sumie 70 dzieciaków. Wstępne obliczenia pokazały, że by to zorganizować, potrzebujemy ok. 400$. Dorota przekonywała, że damy radę! Za tę sumę mieliśmy zakupić jedzenie, przybory szkolne i zapewnić skromne wynagrodzenie nauczycielom. Akcja ruszyła na całego w Polsce, w gronie znajomych... a my planowaliśmy dalej i ruszyliśmy na zakupy. To proste stwierdzenie „zakupy” tu w Afryce i w miejscu, w którym żyję, porównywalne jest z wyprawą w kosmos. Olbalbal, masajska wioska na granicy Ngorongoro i Serengeti, oddalona od świata i cywilizacji, nieprzerwanie od lat żyje swoim pół-nomadycznym życiem. Jak na pasterzy przystało, przy zakazie jakiejkolwiek uprawy kukurydzy czy innych warzyw, pokarm stanowią jak dawniej mleko lub mięso. Wszystkie inne „dodatki” należy kupić albo w dni targowe (3 i 16 dzień każdego miesiąca), albo udać się do Karatu, miasta oddalonego o prawie 100km od wioski. Nasz misyjny samochód wspina się powoli na wysoko położoną krawędź krateru Ngorongoro. Lekko mnie niepokoi fakt, że już jadę na „jedynce”, a przecież nie mam towaru. 

Pocieszeniem jest to, że z towarem, będzie z górki... Mijane żyrafy, zebry. Dziesiątki samochodów z turystami. Kolejne wioski „pokazowe” przy drodze i te „prawdziwe” na zboczach pobliskich gór. Brama parku, formalności przy wyjeździe i w końcu asfalt, lub raczej betonowa ściana, po której jeżdżą samochody, jak to niedawno powiedziała jedna Masajka, która pierwszy raz w życiu przekroczyła bramy parku. Po ok. 30 km docieramy do Karatu. Inny świat, tylko tak samo wysokie ceny za wszystko dla „Białych” pozostają niezmienne. Na targ w poszukiwaniu naszych skarbów rusza Langangu. Młody chłopak, który związał się z misją. Obecnie uczy się w studium dla nauczycieli. To na nim spoczywa ciężar organizacji naszego „elementarza”. Nie jest to łatwe zadanie. Potrzebujemy ok. 400kg kukurydzy, 25kg cukru, 10L oleju, 150 zeszytów, 80 długopisów i tyle ołówków, 80 plastikowych kubków (do picia „uji” tj. posłodzona zupa na bazie kukurydzy). Langangu potrzebował jedynie 5h na skompletowanie naszych zakupów. Popołudniem wracaliśmy dumni i szczęśliwi do domu, na misję, nie przejmując się, że zaczyna brakować „biegów” w samochodzie, przy większych górkach. Czas na planowanie korepetycji.  
Życie szybko zweryfikowało nasze plany. Początkowo myśleliśmy o 2 klasach, dzieciaki młodsze tj. klasy 1-4 i starszaki tj. 5-7. Ambicjami była nauka suahili, angielskiego, matematyki. Życie okazało się brutalne, dzieciakom brakowało podstaw. Nie znały liter... sylab... cyfr. Od poniedziałku do piątku zjawiało się na misji już ok. 7.30 ok. 80 dzieciaków w swoich szkolnych mundurkach. Z czasem dzieciaków przybywało, ale tych „dodatkowych” było najwięcej w czasie wydawania posiłku. Dzieciaki podzieliliśmy na 3 grupy. Klasy 1-2, 3-4, 5-7. Te młodsze uczyły się od 8ej do 11.30. Na zakończenie nauki, miały uji. Starsze, po posiłku zostawały na kolejne 2h. Nasi nauczyciele to Lengangu, Fabiola i Siks (zaprzyjaźniony nauczyciel z naszej wioskowej szkoły podstawowej). Przez 4 dni w tygodniu nasz wysiłek skupił się na języku oficjalnym w Tanzanii, jakim jest język suahili, natomiast w piątki dzieciaki „smakowały” w świecie cyfr i liczb. Zaskakiwała nas ich regularność i zaangażowanie. Czy to słodkie „uji”, czy może delektowały się chwilą „innej szkoły”, gdzie w klasie jest kilkunastu uczniów, gdzie nauczyciel ma dla Ciebie czas, by zajrzeć przez ramię w twoje „malowidła” w zeszycie... No i te cudowne przerwy, gdy dzieciaki wybiegały z kaplicy (gdzie była jedna z klas), czy z naszego misyjnego saloniku, by bawić się, śpiewać, zanim ponownie zapanowała cisza przerywana próbami rozpoznawania liter i czytania sylab, powoli układających się w pierwsze wyrazy.

Był dzień pierwszy w szkole... przyszedł i ten ostatni... Kończyły się wakacje, podczas których odbywały się nasze korepetycje. Dzieciaki na naszym „rozdaniu świadectw” płakały. Prosiły, by dalej kontynuować, że nie chcą wracać do „normalnej szkoły”, że chcą zostać tutaj. Płakali i rodzice, dumni z postępów swych pociech, które zaledwie w parę tygodni nauczyły się powoli, wciąż niepewnie, ale mimo wszystko czytać i pisać! Wręczenie nagród, wspólny posiłek, gratulacje za pomysł i na ustach wszystkich pojawiające się to samo pytanie... Czy będziemy kontynuować? 
Akcja przeprowadzona przez moją Przyjaciółkę, przerosła nasze oczekiwania. Nie tylko udało nam się uzyskać potrzebne 400$, ale i pieniążki, które pozwolą nam zorganizować korepetycje w grudniu. Już ruszyła „maszyna” przygotowań. Jesteśmy po rozmowach z nauczycielem Siks, który ma „wyłapać” te dzieciaki, które potrzebują naszej pomocy. Zaplanowaliśmy spotkanie z dyrektorem szkoły, by nadać temu „legalny” charakter. Gotowa jest też lista zakupów. Poszerzyliśmy ją o kilka naczyń kuchennych by można było szybko i sprawnie przygotować posiłek dla dzieciaków. Nasz „masajski elementarz” ruszy z dniem 7ego grudnia! Tym razem potrwa do świąt Bożego Narodzenia. Jeszcze tego nie rozpowiadaliśmy oficjalnie, ale zapewne dzieciaki, rodzice już czekają.

Jedna z najbardziej udanych akcji, jakie tu przeprowadziliśmy. Dla czego o niej wspominam? Zapewne nie tylko moim marzeniem jest, by ta akcja mogła być kontynuowana w kolejne szkolne wakacje, by czerwiec i grudzień, kojarzyły się i na stałe zagościły w pamięci dzieciaków, jako czas korepetycji i szansy, jaką im stworzyliśmy. Czy jest to możliwe? Nigdy by się to nie udało i nie uda bez Waszej pomocy. To moje pisanie jest prośbą o „wdowi grosz”. Gdy będzie nas wielu, to nawet 5zł staje się bezcenne. Postaram się „na bieżąco” informować o postępach w zbiórce i cudach dokonywanych tutaj w Olbalbal.
Jeżeli zapragniesz, by któreś z masajskich dzieci, mogło „przeczytać” Twoje imię i zdecydujesz się na pomoc finansową w tym „cudzie”, to proszę by te ofiary kierować na konto CChW SOLIDARNI  z dopiskiem/tytułem „masajski elementarz”.

         Z całego serca dziękuję i pozdrawiam... z Bogiem... Arkadiusz
                   ks. Arkadiusz Nowak sma                                   Olbalbal XI'2015

Kliknij tutaj aby obejrzeć prezentację programu pomocy

Kliknij tutaj aby obejrzeć galerię zdjęć

Pomóż misjonarzom!

Papieskie Intencje Ewangelizacyjne

Wrzesień 2018
Aby młodzież na kontynencie afrykańskim miała dostęp do edukacji i pracy we własnej ojczyźnie

 

Pomoc misjom

Dołącz do wybranego dzieła

CChW SOLIDARNI

Wolontariat misyjny
Borzęcin Duży
ul. Warszawska 826
05–083 Zaborów
22 75 20 313
solidarni@sma.pl
Numer konta:
71 1600 1127 1844 3996 6000 0001

Centrum Misji Afrykańskich

Rekolekcje, konferencje, formacja

Borzęcin Duży
ul. Warszawska 826
05–083 Zaborów

tel.: 22 75 20 888
email: cma@sma.pl 

Numer konta: Centrum Pomocy Misjom "MOYO"
29 1600 1127 1844 3217 0000 0001 


CChW Solidarni

Wolontariat misyjny

Borzęcin Duży
ul. Warszawska 826
05–083 Zaborów
KRS: 0000229579

tel.: 22 75 20 313
email: solidarni@sma.pl

Numer konta: 
71 1600 1127 1844 3996 6000 0001

ORM Piwniczna

Ośrodek Rekolekcyjno-Misyjny
ul. Śmigowskie 110
03–350 Piwniczna-Zdrój
tel.: 18 44 000 77
fax.: 18 44 000 76
email: piwniczna@sma.pl

Numer konta:
88 1240 1558 1111 0010 1296 8546

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
114 0.13980793952942