O łapaniu zachwytów

Wspomnienia z Tanzanii

29 grudnia 2017

O łapaniu zachwytów                                                                     

Jestem świecką misjonarką SMA i w grudniu wróciłam do Polski po półtorarocznym pobycie w Tanzanii. Pozwólcie, że podzielę się z Wami tym kawałkiem mojego świata…

Po roku spędzonym wśród plemienia Sukuma w Bugisi, gdzie jest nasza misja SMA (region Shinyanga), w połowie września przyjechałam do Arushy. W Bugisi miałam lepsze i gorsze dni, czasem też noce, niemniej był to dla mnie ważny czas, potrzebny, żeby się zaaklimatyzować i zacząć rozwijać. Może nam się czasem wydawać, że potrzebujemy robić coś wielkiego, że ludzie będą nam wtedy wdzięczni, że tego oczekują i my też będziemy czuli się potrzebni. Okazało się, że praca jest bardzo ważna, potrzebna, jak powiedział św. Benedykt „życie bez wystarczającej ilości pracy i działania narażone jest na różnorakie duchowe niebezpieczeństwa”, ale równie ważne jest nasze świadectwo, budowanie relacji z ludźmi! To, że się ich odwiedzi, zje z nimi ugali ręką z jednego talerza, pomodli, porozmawia - takie proste i takie ważne! A z drugiej strony ciężko nam czasem wyjść, odwiedzić kogoś, zatroszczyć się o innych, po prostu pobyć...
18-go września przyjechałam do Arushy, jednego z większych miast w Tanzanii. Mamy tutaj parafię SMA w Moshono. Proboszcz – ks. Cyryl, jest z Nigerii, na razie pracuje sam, bo jego współbrat Chris z Filipin jest wciąż na wakacjach. W Moshono pomagałam w przychodni należącej do parafii. Oczywiście było to dla mnie spore wyzwanie, z racji tego, że nie pracowałam w zawodzie w Bugisi, więc robiłam tyle, ile mogę, tu gdzie jestem, z tym co mam. Poza tym sporo zmian, w porównaniu z Bugisi, w Arushy jest o wiele zimniej, generalnie marzłam tam bardzo na początku. Trafiłam na szczęście na okres przejściowy i szybko odczułam zmianę pory roku. Zaczęło robić się cieplej, góry rozciągały się wokół… pięknie tam jest. Ludzie też są inni - mieszanka wielu plemion i ogromna różnorodność, natomiast najczęściej spotykane plemiona to Wachaga i  Waarusha. Arusha jest sporym miastem, bardzo turystycznym, dobrym na wypady do parków narodowych, mówi się, że to takie drugie Nairobi.

12-go października wraz z ks. Arkadiuszem SMA wyruszyliśmy w drogę do „masajowa” (osady Masajów). Mieliśmy na wstępie sprawdzić inną, nową drogę, która jak się okazało była bardzo dobra. W czasie jazdy zatrzymaliśmy się w jednej wiosce na herbatę z chapati (taki à la naleśnik, tylko że z samej mąki z wodą) - polecam! Krajobraz zapiera dech w piersiach, jest otwarta przestrzeń i góry, w samochodzie słuchamy składanki przebojów (również polskich). Jest pięknie – nie potrafię słowami oddać zachwytu i radości, których doświadczyłam w tym czasie. Naszym miejscem docelowym tego dnia miała być miejscowość Monik, po drodze jednak zatrzymaliśmy się na chwilę w Ngaresero, do której mieliśmy jeszcze wrócić. Ks. Arkadiusz chciał porozmawiać z katechistą i uzgodnić program. Ngaresero jest miasteczkiem o bardzo ładnym położeniu, z widokiem na Ol Doinyo Lengai- Górę Boga a tym samym świętą górę Masajów (3188 m.n.p.m.). Turyści również tam docierają, no i można kupić jakieś ozdoby masajskie lub też zaopatrzyć się w wodę, kiedy robi się bardzo gorąco. Do Monik dojechaliśmy wieczorem, dostaliśmy herbatę (trzeba się tu nastawić na duże ilości herbaty ze sporą ilością cukru i najczęściej z mlekiem). Radość miejscowych ludzi za każdym razem mnie zaskakuje! My chyba już jesteśmy trochę zepsuci, mamy sakramenty na wyciągnięcie ręki i nie doceniamy tego skarbu a oni tak się cieszą, że będzie msza święta, bo „my się bardzo lubimy modlić”. Tu Eucharystia jest bardzo rzadko. Codziennie, o 5.30 rano spotykają się, żeby się modlić na różańcu. Dają niezwykłe świadectwo! Bóg jest dobry. Jestem przedstawiana jako „daktari” – lekarz (tutaj człowiek po rocznym kursie już jest daktari). Sprawia to, że gdziekolwiek nie jesteśmy, należałoby otwierać przychodnie. Niestety z opieką medyczną jest tu słabo, właściwie jej nie ma. Co dwa tygodnie przylatuje samolot Flying Medical Service, ale oni nie mają możliwości robienia badań, a do miasta jest bardzo daleko. Nocowaliśmy w domku przy kościele, wieczorem mogłam podziwiać niebo pełne gwiazd i niczego więcej nie potrzebowałam. Następnego dnia, jak zawsze, różaniec o 5.30 - ludzie cieszą się, że jesteśmy. Częstują nas śniadaniem - przesłodzoną herbatką z mlekiem i chapati z papają - jest pysznie. Następnie jedziemy do Pinini. Droga jest bajeczna, przez góry - po prawej stronie mijamy jezioro z różowymi flamingami. Świat oczarowuje mnie na każdym kroku. W tej wiosce nie było mszy świętej od trzech miesięcy. Czeka tu na nas bardzo przyjemna wspólnota. Dygam na przywitanie jak w „sukumalandzie”, co budzi śmiech. Tutaj inaczej ludzie się witają, szczególnie dzieci, podchodzą z pochyloną głową, żeby je pobłogosławić, kładąc rękę na głowie - podoba mi się to.

Błogosławieństwo ma tutaj bardzo duże znaczenie i błogosławieństwo przez starszych jest bardzo ważne. Msza święta była częściowo w języku Kiswahili, częściowo w Kimasai, było też błogosławieństwo i namaszczenie olejem. Ks Arkadiusz włożył czarną stułę (to kolor szczególny dla Masajów, na szczególne okazje, bo imię Boga u Masajów znaczy - „Ona jest czarna” - jest to zatem czarna kobieta, czarne są też chmury, które przynoszą deszcz, a deszcz to błogosławieństwo, to życie…) i krzyż masajski.  Pot ciurkiem się z nas leje, jest bardzo gorąco, jak w piekarniku. Po Mszy św. idziemy odwiedzić chorych, w pewnym miejscu wchodzimy do domku, do środka. Nie sądziłam, że może być jeszcze cieplej niż na zewnątrz. A jednak…

Wróciliśmy koło 16.00 do Monik, wieczorem mieliśmy iść na jumuiye, czyli spotkanie małej wspólnoty. Przed zmrokiem wybraliśmy się jeszcze zobaczyć gdzie jest lotnisko, gdzie miał przylecieć samolot FMS (Flying Medical Service), po drodze zostaliśmy zaproszeni na herbatę, więc wracając wstąpiliśmy do tej bomy (boma, czyli typowe zabudowanie w Masajowie, okrągłe ogrodzenie w środku dla zwierząt i chatki po bokach). Okazało się, że zrobienie herbaty wymagało około godziny, ale nie miało to znaczenia. Czujesz się wolny - jesteś, patrzysz w gwiazdy, rozmawiasz z ludźmi. Jest dobrze. Wiesz że jesteś w dobrym miejscu. To takie chwile, które zbierasz jak perełki, takie bezcenne perełki. Zjedliśmy kolację i wróciliśmy na jumuiye. Spotkanie miało się zacząć koło 20.30, ale tu nie ma pośpiechu - śpiewy zaczęły się koło 21.30. To coś pięknego! Noc, rozgwieżdżone niebo, ludzie śpiewają i tańczą, dzieci skaczą w rytmie. Jestem szczęśliwa. Potem wszyscy siadają, żeby posłuchać nauczania. Scena jak z filmu - krowy łażą dookoła - jest dobrze… Rano msza św. i różaniec. Potem nowość, herbatka z mlekiem od wielbłąda! Kto by pomyślał! Jedziemy do Ngaresero ponownie, jest tam możliwość pójścia w takie jedno wyjątkowe miejsce, tzn. nie jedno, ale to jest szczególnie urokliwe, nazywają je „ukuta ya maji” co znaczy „ściana wody”, czyli wodospady. Idzie się tam tak na dziko, trochę wodą i lądem. To kolejny powód do zachwytu. Później odwiedzaliśmy parafian w domach, w jednym z nich była dziewczyna dwudziestokilkuletnia, jej mama i sąsiadki mówiły, że ma złego ducha, że jest opętana. Jak przyszliśmy to spała, takie miała ruchy spastyczne. Wydaje mi się, że jest chora na padaczkę. Pod koniec modlitwy zaczęła się budzić, dolegliwości ustąpiły, ona sama nie wiedziała co się stało ani gdzie jest. Odwiedziliśmy też ludzi pracujących na tzw. bramce, czyli ściągających opłaty, szczególnie od turystów. Jeden z tych panów, przyszedł wieczorem, chciał porozmawiać. Potem zaczął mówić, że chciałby księdza o coś prosić. I tu kolejna perełka, nie poprosił o pieniądze, czy inne wsparcie, poprosił o błogosławieństwo, bo już dawno tego nie doświadczył. Zostajemy w Ngaresero na noc. Rano msza św., właściwie większa część kościoła już mnie zna po wczorajszym obchodzie, to jest super! Czuję się jak w domu. Wracamy do Monik na mszę, kościół okazał się za mały, więc wyszliśmy na zewnątrz pod drzewo. Siedzę między dwoma babciami, słyszę brzęczenie ich ozdób, jest dobrze. Oczywiście na każdym kroku ktoś prosi o pomoc medyczną. Co tu zrobić, nie brałam żadnych takich leków nawet, co tam mogłam, to dałam. Obiad u katechisty, siedzimy na zewnątrz na łóżku (z racji tego, że jest tam tak gorąco, ludzie budują takie łóżka z patyków i śpią na zewnątrz). Dostaję naszyjnik w prezencie. Zbieramy się w drogę i jedziemy do Malambo. Ks Arkadiusz wybiera drogę „korna Kumi na Saba” co znaczy „17 zakrętów”, bo droga wije się w górę serpentyną, niesamowite widoki! Upał daje się nam we znaki, ale to nic… warto. Dojeżdżamy wieczorem. Rano 5.40 różaniec i Msza św., po śniadaniu idziemy do bomy pewnego baby (baba- znaczy ojciec), niby ma 98 lat, ale trzyma się nieźle. W środku płonie ognisko, ciepło się robi. Generalnie jest ciemno, w ścianach są dwa małe otwory, przez które wpada światło. Siedzimy tam chwilę, modlimy się. Potem oczywiście słynna herbatka, jak zawsze przesłodzona, z mlekiem - pół litra. Ku zaskoczeniu ks Arkadiusza, wypiłam wszystko. Teren jest tu dosyć płaski, otoczony górami, w porze deszczowej, musi to pięknie wyglądać. Chciałabym to kiedyś zobaczyć. To już prawie moje pożegnanie, rano następnego dnia pojechaliśmy do wioski Oleparkash, żebym mogła się zabrać samolotem do Arushy. Po drodze mijamy piękne miejsca, i przestrzeń, Masajów pasących swoje stada. Okazało się, że piloci mają dziś pięć wiosek do odwiedzenia. Z jednej strony było to fajne, bo to było moje marzenie - polecieć z nimi. Ale z drugiej strony, mojemu ciśnieniu, błędnikowi i żołądkowi włączyła się żółta lampka. Czy wytrzymam? Po pierwszym i drugim lądowaniu było ciężko, potrzebowałam chwili, żeby złapać pion (bo ten samolot to taka awionetka na 6 osób), ale potem już jakoś poszło. Może już byłam za bardzo zmęczona, żeby się przejmować. To, co oferują w samolotach FMS, to szczepienia dzieci, klinikę dla kobiet w ciąży i taką można powiedzieć internę, czyli wszystko.

W drodze powrotnej, nad jeziorem pilot obniża lot, stado różowych flamingów wzbija się w powietrze…, to niesamowity widok, mogłabym powiedzieć, że wręcz wzruszający! Złapać kolejny zachwyt – bezcenne!

Dostałam tam tyle, że trudno mi to pojąć! Spotkałam pięknych i niesamowitych ludzi. Zyskałam też mamę, bo pielęgniarka która pracowała w przychodni i mieszkała obok, uznała mnie za swoje najstarsze dziecko. Pożegnanie z nią było trudne i wzruszające. Rozsadzała mnie wdzięczność za ten czas i wciąż dziękuje Bogu, że mi go dał.

To tak w wielkim skrócie, takie migawki z ostatniego czasu, nie sposób opisać całego pobytu w jednym artykule! Życzę Wam żebyście mogli przeżyć to sami.

 

 

Pomóż misjonarzom!

Papieskie Intencje Ewangelizacyjne

Grudzień 2018
Aby osoby zaangażowane w posługę przekazu wiary potrafiły znaleźć język właściwy dla dzisiejszych czasów, w dialogu z kulturami

Pomoc misjom

Dołącz do wybranego dzieła

CChW SOLIDARNI

Wolontariat misyjny
Borzęcin Duży
ul. Warszawska 826
05–083 Zaborów
22 75 20 313
solidarni@sma.pl
Numer konta:
71 1600 1127 1844 3996 6000 0001

Centrum Misji Afrykańskich

Rekolekcje, konferencje, formacja

Borzęcin Duży
ul. Warszawska 826
05–083 Zaborów

tel.: 22 75 20 888
email: cma@sma.pl 

Numer konta: Centrum Pomocy Misjom "MOYO"
29 1600 1127 1844 3217 0000 0001 


CChW Solidarni

Wolontariat misyjny

Borzęcin Duży
ul. Warszawska 826
05–083 Zaborów
KRS: 0000229579

tel.: 22 75 20 313
email: solidarni@sma.pl

Numer konta: 
71 1600 1127 1844 3996 6000 0001

ORM Piwniczna

Ośrodek Rekolekcyjno-Misyjny
ul. Śmigowskie 110
03–350 Piwniczna-Zdrój
tel.: 18 44 000 77
fax.: 18 44 000 76
email: piwniczna@sma.pl

Numer konta:
88 1240 1558 1111 0010 1296 8546

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
116 0.1345648765564